Smaku W RESTAURACJI PODRÓŻY

DANIA PROSTO ZE SZKLARNI

14 marca 2018

Mieszkałam ponad pół roku w Amsterdamie i zakochałam się w tym mieście nie tylko ze względu na architekturę i malownicze kanały obejmujące najważniejszą część miasta, ale także przez aspekt kulinarny. Stolica Holandii ma niesamowicie rozwiniętą kulturę dbania o produkty żywieniowe, ich jakość i posiada ogromną wiedzę na jej temat. Obce były mi turystyczne zakamarki dzielnicy czerwonych latarni i turystyczne restauracje, które zachęcały do szybkiej konsumpcji. Uwielbiałam bywać tam gdzie mieszkańcy Amsterdamu idąc za ideą slow food, która jest mocno propagowana w tym mieście. Dzięki czemu trafiłam do DE KAS – fine diningu w ogrodzie.

Restauracja De Kas została zaprojektowana przez firmę Piet Boon i mieści się w okazałej szklarni z 1926 roku. Właścicielem i naczelnym ogrodnikiem jest tu Giert Jan Hageman, były szef gwiazdkowej restauracji Vermeer. Większość warzyw, ziół i jadalnych kwiatów używanych w kuchni można zobaczyć na terenie restauracji. Możemy spacerować między grządkami zastanawiając się, który pomidor trafi na nasz talerz. Między szybami zaobserwujemy także otwartą kuchnię, na której czele stoją Jos Timmer oraz Wim de Beer. Cały zespół podchodzi do składników z ogromnym szacunkiem, dbając o każdy detal. Z jednej strony jest tu fajny luz, a z drugiej jest to restauracja fine dining, której karta zmienia się codziennie ze względu na dostępność produktów.

Trafiłam do De Kas w upalne wrześniowe popołudnie na lunch. Było ponad 25 stopni, co w Amsterdamie nie jest normalne nawet latem. Możecie mi uwierzyć, że był to jeden z przyjemniejszych dni jakie miałam okazję doświadczyć w tym mieście. Restauracja jest oddalona od centrum i mieści się w parku Frankendael, jednak można swobodnie się do niej dostać rowerem lub komunikacją miejską. Można dojść do stwierdzenia, że ten obszar zieleni żyje dzięki idei slow food. Na 400 metrach długości znajdują się dwie najważniejsze restauracje w Amsterdamie, które twierdzą, że jedzenie trzeba celebrować i pielęgnować, a promowanie regionalnej i naturalnej żywności powinno być na porządku dziennym. 

Lunch składa się z trzech dań i dwóch amuse bouche za 32Euro. Wszystko co jemy należy do zasobów restauracji. Warzywa, zioła i owoce dostarczają ze szklarni lub ogrodu, natomiast mięso sprowadzają z wyspy tuż obok Amsterdamu, na której mają zaprzyjaźnione farmy. Trochę żałuję, ze nie zrobiłam szerszego zdjęcia z widokiem na ogród, byście mogli zobaczyć w jak cudownej scenerii było nam siedzieć. Trudno było uwierzyć, że to koniec września…

Początek wydawał się prosty – pikle z cukinii z kwiatami nasturcji i chłodnik dyniowy. Pierwsza przystawka była cudownie orzeźwiająca, warzywa były chrupiące i soczyste, w przyjemnej słodko – kwaśnej zalewie. Chłodnik był miłym zaskoczeniem o kremowej konsystencji z uprażonym słonecznikiem i pestkami dyni, skropiony emulsją z octu balsamicznego. Jestem fanką comfort foodu, w De Kas jesteście obserwatorami jak danie prosto z krzaczka trafia na wasz talerz, tworząc proste ale bardzo aromatyczne danie. Pierwszym daniem głównym był łupacz z brokułami i pistacjami. Uwielbiam ten morski gatunek ryby, która należy do rodziny dorszowatych. Dobrze przyrządzony jest soczysty i przyjemnie kruchy. Podsmażony na dużym ogniu i skropiony jedynie cytryną ukazał na nowo, że to co kocham najbardziej w rybach to właśnie ich naturalny smak. Zbędne są dla mnie ciężkie sosy, panierki czy ogromna ilość ziół. Tutaj uprażone pistacje i ugotowany brokuł nadały przyjemnej lekkości daniu, tworząc je spójnym i letnim. Potem weszła na stół sałatka z ziołami z ogrodu, burattą i wiśniami. De Kas ma za zadanie wyciągnąć smak z najprostszych produktów. To była jedna z prostszych i najsmaczniejszych sałatek w moim życiu. Gdyby pogoda w naszym kraju była taka jak tego dnia w Amsterdamie bez problemu przerzuciłabym się na stałe z ciężkiego mięsa na warzywa i ryby. 

Jednak objawieniem okazało się ostatnie danie. Jestem dzieckiem wychowanym na kukurydzy. Każde lato w dzieciństwie pamiętam z zabawą w kukurydzy, z lalkami z kukurydzy i kolacjami z kolbą kukurydzy. Uwielbiam jej soczystość i słodkość. Niestety na wakacje na wieś przestałam jeździć w wieku dwunastu lat i od tego czasu posiłkuję się kukurydzą sezonową w Warszawie. Chyba nie muszę rozpisywać się, że kukurydza jaką jemy nawet ze sklepów ekologicznych nie równa się nawet w 50% z tym co można doznać w smaku kukurydzy po zerwaniu z pola… Kukurydza, którą widzicie na zdjęciu była powrotem do dzieciństwa, do tego co jest tak dobrze mi znane i lubiane. Jadłam ją ziarenko po ziarenku by móc jak najdłużej zapamiętać jej smak, pewnie na kolejne lata. Zaskoczeniem był też kurczak kukurydziany, którego jadłam wtedy chyba po raz pierwszy. Nadawał kolejną przyjemną warstwę słodyczy w daniu, do tego podany upieczony kwiat cukinii, kalafior i emulsja nawiązująca smakiem do sosu holenderskiego sprawiła, że danie było kompletne. 

Zawsze cieszą mnie zaplanowane wizyty w restauracjach, które mam okazję obserwować w pierwszej kolejności przez media społecznościowe. Uwielbiam identyfikować się z grupą odbiorców, co sprawia, że czuję się jeszcze lepiej w danym miejscu. Obsługa w De Kas jest bardzo profesjonalna, ale też wyluzowana. Chętnie oprowadza po zakamarkach szklarni i opowiada o pracy na kuchni. Można nawet zarezerwować dwuosobowy stolik w kuchni i z bliska obserwować pracę kucharzy. Ja miałam to szczęście, że poobserwowałam sobie kucharzy przez szybę, a później trafiłam na ich przerwę lunchową, żeby z nimi porozmawiać. Ach, no i nie musiałam za to płacić 150 euro 😉 

 

Zobacz także

2 komentarze

  • Reply Pierdolnikwkuchni 15 marca 2018 at 23:38

    Super tekst! Good job😉

    • Reply glodna 3 kwietnia 2018 at 12:49

      Dzięki!

    Zostaw tipa