Smaku W RESTAURACJI

ŚLĄSKA SZAMMA

28 grudnia 2017

Jest ich dwóch – Marcin i Mirek od początku założenia restauracji postawili sobie za cel, że ich kuchnia będzie mocno freestylowa. Ich atutem jest spora spiżarnia własnych przetworów i szeroka gama polskich win. W końcu to co nam najbliższe, nie powinno być nam obce.

Ich kuchnię polubiłam od pierwszego razu. Mój przyjaciel pochodzi ze Śląska i pamiętam jak już półtora roku temu wspominał coś o tym miejscu, że w końcu w Gliwicach serwują coś bardziej fine diningowego i że powinnam ich spróbować przy najbliższej okazji. Tego lata bywałam często na południu więc czas i chęci się znalazły. Lokal mieści się w centrum miasta, nieopodal rynku na małej jednokierunkowej uliczce. Trzeba zejść schodami do piwnicy by znaleźć się w środku Szammy. Te butelki, które widzicie na pierwszym zdjęciu za chłopakami pochodzą z polskich winnic. Wypełniają one całą jedną ścianę dzięki czemu goście mogą obejrzeć etykiety, lata produkcji i poczytać informację na nich zawarte. To jeden z wielu ważnych aspektów tego miejsca. Regionalne produkty są tutaj kluczowe i rzeczywiste. Problem pojawia się wtedy, gdy wiele restauracji szczyci się teraz sezonowością kiedy w rezultacie pochodzi ona z dużych supermarketów a nie małych gospodarstw rolnych. Szamma jest autentyczna przede wszystkim dzięki Panu Romanowi, który jest tatą Marcina, jednego z współwłaścicieli. Produkuje własne kiszonki i przetwory, by później były wykorzystane w restauracji jako bazowe produkty. Mieszka w Beskidzie Żywieckim więc ma także dostęp do cudownego mięsa, głównie baraniny. Kucharze korzystają też z zasobów Lasu Huberta, w którym zaopatrują się w dziczyznę i grzyby oraz łowią ryby z pobliskich jezior i stawów. Kiedy po trzech wizytach wiedziałam, że chcę przeprowadzić z nimi wywiad dla UST, dowiedziałam się, że lokalne produkty są ich podstawą w komponowaniu potraw, ale lubią też mieszać w daniach różne smaki, a co za tym idzie różnorodne kuchnie świata…

 

Przykładem mogą być te dwie zupy, które są w karcie podstawowej. Pierwsza to bulion rybny z dorszem, krewetkami i mulami (18 zł). Była bardzo esencjonalna, słodko – słona i miała wkładkę. Należę do osób, które wolą być świadome co jedzą, więc unikam szerokim łukiem przystawek, które są zmiksowane na jednolity krem. Problem pojawia się też wtedy, kiedy dostaję zupę ogórkową z dwoma ziemniaczkami i jedną marchewką. Zupa moi drodzy powinna być pożywna, jak u mamy! W tym przypadku danie było obfite w owoce morza i rybę, co spowodowało, że już na dzień dobry byłam zadowolona i uśmiechnięta. Druga zupa była na wołowinie z wędzoną papryką i kwaśną śmietaną (17 zł). Przypominała w smaku węgierską rozgrzewającą zupę co również mi się podobało. Zdjęcia, które widzicie są z drugiej wizyty w Szammie. Na pierwszej jadłam sałatkę z półgęskiem, pistacjami i pigwą (28 zł) oraz chłodnik z rakami (17 zł) – życzyłabym sobie aby wszędzie były takie sałatki jak ta w Gliwicach. Nie była to sałata lodowa z małą ilością dodatków, tylko ogromna proporcjonalna sałatka z sosem (to niestety też jest problem wielu lokali – brak sosu), którą najczęściej jemy w domu, a nie w restauracji. Jeśli chodzi o chłodnik był on najlepszym staropolskim chłodnikiem jaki jadłam. Pamiętam jak kilka lat temu usiadłam sobie po długiej przerwie w restauracji należącej do Kina Kultura na Krakowskim Przedmieściu, zjadłam tam taki cudowny chłodnik z rakami, że potem chorowałam kolejne dwa dni, a gdy wyzdrowiałam, następne dwa lata odpoczywałam od chłodnika z rakami. Ten przełamał złą passę za co dziękuję.


Jako, że tamten cudowny wieczór spędziłam z moimi ulubionymi dwoma mężczyznami, zjedliśmy sporo rzeczy z karty aby spróbować czy moja pierwsza wizyta nie była szczęśliwym przypadkiem. Podczas tej wizyty okazało się, że kolejne dania były jeszcze bardziej odkrywcze i smaczne. Udko z kurczaka kukurydzianego (34 zł) jadłam wtedy po raz pierwszy, podane z kaszą jęczmienną i grzybowym sosem było maślane i bardzo przyjemne. Ślimaki z chorizo i fasolką szparagową (32 zł) również były kuszące. Bardziej przypominały oryginalną sałatkę na ciepło, w której ślimaki były usmażone w punkt, ale nie czepiałabym się o nazewnictwo. W roku 2017 w moim życiu królował BOCZEK, za każdym razem gdy go jadłam był wyjątkowy, a jadłam go kilkukrotnie – tak było i w tym przypadku. Zaserwowany z ziemniakami z ogniska, białą kapustą, selerem i gorczycą (37 zł) rozpływał się na języku, tak jak na prawdziwy boczek przystało. Ostatnim daniem głównym była potrawa z karty sezonowej – polędwica argentyńska z denarem, fasolką od Pana Romana i boczkiem (69 zł) Cóż mogę Wam powiedzieć? Polędwica, jak to polędwica, gdy jest dobrej jakości i kucharz potrafi ją usmażyć na stopień medium rare, do niczego nie umiem się przyczepić. Ta była naprawdę dobra, soczysta i usmażona tak jak poprosiłam. Zastanawia mnie czemu w Warszawie, gdy idziemy na kolację z moim B, zdarza się by w bardzo wysoko ocenianych i rekomendowanych restauracjach kucharz nie umiał dobrze przygotować polędwicy. Wychodzi na to, że bardziej opłaca nam się pojechać do Gliwic samochodem i zjeść smaczne mięso z dodatkami w Szammie, niż żujący stek w Warszawie ze spalonym sosem.

Deser tamtego letniego wieczora był tylko jeden. Rzadko nam się to zdarza, bo uwielbiamy desery jednak to na co warto zwrócić jeszcze uwagę w Szammie to wielkość porcji. Są naprawdę proporcjonalne do rozmiaru talerza, a i on nie należy do najmniejszych. Gdy Szamma została kupiona, Panowie chcieli trochę zaoszczędzić na zastawie, więc zdecydowali się na kupno uniwersalnych talerzy do pizzy. Wyszło im to tylko na dobre, dzięki nim mogą kreatywnie układać potrawy wykorzystując dużą przestrzeń porcelany. W kwestii deseru, też im się to udało. Wygląd wyglądem, ale co ja bym dała, by jeść tylko takie desery?! Mus ze skorzonery, z orzechami włoskimi, solą morską i karmelem (16 zł) Moje ulubione połączenie smakowe w słodkich potrawach. Mocny smak orzechów przebija sól, karmel który jest chrupki krystalizuje się na języku z musem na bazie skorzonery. Do tego jeszcze te kwaśne dodatki pod postacią porzeczki, musu z rokitnika, wiśni i maliny.

Droga Szammo, sprawiłaś mi niesamowitą radość tego roku. Cudownie było u Was gościć trzykrotnie i mam nadzieję, że w 2018 spotkamy się jeszcze częściej! Jeśli jesteście z okolic Śląska i znudziły Wam się Katowice, pojedźcie dwadzieścia osiem kilometrów na zachód aby spróbować nie lada pyszności tych dwóch pozytywnie zakręconych chłopaków bo naprawdę W A R T O ! ! !

SzAMMa, ul. Raciborska 1, Gliwice
Czynne : 12:00 – 22:00

Zobacz także

No Comments

Leave a Reply