Wrażeń OBIADÓW CZWARTKOWYCH

JULIA CHILD KONTRA POLSKA

10 stycznia 2018

Wrzesień był francusko – polskim miesiącem. Podczas jesiennych kolacji serwowałam połączenie moich dwóch ulubionych kuchni. Bazowały na przepisach Julie Child, które miałam okazję bliżej poznać po warsztatach kulinarnych wiele lat temu, z kuchnią mi najbliższą – mojej babci Krystyny. Te dwie silne kobiety mocno wpłynęły na moje kubki smakowe, chociaż od tej drugiej długo się odgradzałam, uważając jej kuchnię za zbyt ciężką. Całe szczęście parę lat temu zostało mi to szybko wybaczone i przy wielu okazjach konsultowałam się z babcią co do smaków i sposobów przyrządzania polskiej kuchni, również przy kolacjach czwartkowych… 

Atmosfera – to punkt każdego Obiadu Czwartkowego, do którego nie mam żadnych zastrzeżeń. Przed każdym spotkaniem planuje sobie co powiem na wstępie, dbając o miłe wrażenie od samego początku. Jednak po przekroczeniu progu mieszkania stajecie się głównymi aktorami tego spektaklu, a ja bawię się jedynie scenografią. Chwile mają to do siebie, że bywają ulotne dlatego postanowiłam stworzyć księgę gości, która ma mi o nich przypominać. To kolejna rzecz, która tworzy ten dzień jeszcze bardziej wyjątkowym. Za każdym razem pierwsze co robimy jak wychodzicie, to siadamy na sofie i rozmawiamy o tym co właśnie przeżyliśmy. Wierzę w to, że dzięki temu te momenty lepiej się kodują i to ja mam wpływ na to co lepiej zapamiętuję. Otwieram też notes i czytam Wasze wpisy na głos, czasem się śmiejąc, innym razem wzruszając. One dodatkowo utwierdzają mnie w przekonaniu, że to co robię ma sens. Bardzo Wam za to dziękuję.

Kolejne dwie kolacje były przepełnione dobrą atmosferą. Na tyle dobrą, że trochę zapomnieliśmy o robieniu zdjęć. Przez to z pierwszej wrześniowej kolacji możecie sobie jedynie wyobrazić zupę z pieczonej papryki przepisu Julie Child. Jest tam sporo śmietanki kremówki, która powoduje, że zupa jest niesamowicie kremowa. Podałam ją z grzankami z domowego razowego pieczywa. Nie mamy też zdjęcia sernika sezamowego, który rozpływał się w ustach. Miał chrupiący sezamowy spód i kremowo imbirowy środek. Był cięższy w smaku niż w konsystencji ale nie przeszkadzało to w niczym, szczególnie gdy poprzedzające danie główne było tradycyjną sztuką mięsa z sosem chrzanowym. 

Od trzech lat najlepiej odnajduję się w tradycyjnej kuchni polskiej. Lubię ją za czujność, konsystencje i pewnego rodzaju bezpieczeństwo. Wracam z długich wakacji i marzę o pomidorówce i mielonym, czując, że to moje smaki i mój dom. Zabawne jak przypominam sobie równolegle ile lat „kłóciłam” się z tym co najbliższe. Zamiast odkrywać kuchnię babci Krystyny wolałam snuć marzenia o podróży skuterem po Włoszech by uczyć się włoskiego gotowania w domach i przydrożnych gospodarstwach. Ba, dalej mam to marzenie i może kiedyś się ziści, ale teraz nic mnie tak nie wciąga jak to co bliskie i zrozumiałe czyli kuchnia polska. Wyobraźcie sobie, że większość mojego życia nie lubiłam rosołu. Był tłusty, tłusty i jeszcze raz tłusty. Przerażała mnie jego banalność i fakt wielkich oczek rosołowych, które na mnie patrzyły błagająco. Ach i jeszcze ta rozmoczona pietruszka. Ogólnie masakra. Z drugiej strony moje ulubione danie to zupa, a jeszcze fajniej jak ma wkładkę, a nie konsystencje bebiko dla bezzębnych. Dlatego postanowiłam pięć lat temu odczarować i zaczarować rosół na nowo. Bulion który nastawiam ma zawsze podsmażone przyprawy i mięso na maśle, dopiero potem zalewam je zimną wodą i po zagotowaniu dorzucam włoszczyznę. Na początku zdejmowałam tłuszcz przez gazę, a teraz to co najbardziej lubię w rosole to ta tłustość, która zostaje na ustach… Niesamowite jak to wszystko potrafi się zmieniać. Oczywiście dozuję to wszystko, gdy robię lekki sos na bulionie gotuję go na drobiu. Gdy chcę zrobić później demi – glace dorzucam kości, które dzięki kolagenowi sprawią, że po ostygnięciu rosół będzie miał konsystencję galarety. Sztuka mięsa nie była podawana jako danie w moim domu, jednak to co pamiętam z dzieciństwa to wyjadanie gotowanego mięsa z rosołu przez najstarszych domowników. Pamiętam jak obie babcie na Czerniakowie wysysały mięso z każdej kosteczki, jako dziecko byłam tym przerażona jednak teraz w końcu rozumiem co im tak bardzo w tym smakowało. Babcia miała układy i układziki, więc mięso zawsze było dobrej jakości. Im dłużej takie mięso się gotuje tym bardziej kruche i maślane się staje. Na pierwszej wrześniowej kolacji gotowałam w rosole ponad trzy godziny poliki wołowe, cielęce, pręgę i szponder. Wszystko było rozpływające się w ustach. Do tego młoda włoszczyzna i ziemniaki ugotowane w rosole przez 15-20 min były al dente i powodowały różnorodne konsystencje potrawy. Wszystko to zalałam bulionem i podałam z sosem chrzanowym. 

Dwa tygodnie później zdarzyła się podobna sytuacja i na pamiątkę mam tylko zdjęcia gości. Nie byli przypadkowi – Paulina, z którą znam się całe życie, dwóch najbliższych kumpli z liceum, Thao najcudowniejsza Azjatka jaką poznałam oraz Wojtek, którego znam stosunkowo krótko, a polubiłam jako partnera Pauliny jak chyba nikogo do tej pory. Kolacja 14 września była najdłuższą ze wszystkich w 2017 roku i bardzo dobrze ją wspominam. Były dokładki, rozmowy do późnych godzin i przede wszystkim dobra zabawa. Tak dobra, że aż popłakałam się ze śmiechu ! Na zdjęciu oprócz cudownych gości, zaprezentowany jest deser – zwycięzca kolacji – mus daktylowy z pieczonymi jabłkami pod migdałową kruszonką z kajmakiem. Ten autorski deser to nic innego jak namoczone daktyle w ciepłej wodzie i zmiksowane na mus, jabłka podduszone w nalewce z pigwy i uprażone z płatkami migdałowymi. Kruszonka, aby podbić smak migdałów została zrobiona na mące migdałowej i maśle. Zapiekłam deser w 180 stopniach przez 10 minut, do momentu aż kruszonka była chrupiąca.

Za każdym razem planuję również kto gdzie usiądzie. Gdy goście mniej się znają staram się dopasowywać ich podobnymi zainteresowaniami. Nawet przy 6 – 10 osobowym stole mogą powstać podgrupy, co biorę zawsze pod uwagę – szczęście jednak o tyle mi dopisuje, że zawsze robią się z tego ciekawe debaty na cały stół i rzadko kiedy widzę, by ktoś rozmawiał w odosobnieniu. Ważnym elementem jest też miejsce na drugim końcu stołu, na przeciwko mnie. Dziwnym trafem tak się składa, że zawsze sadzam tam mocną osobowość, na którą podświadomie liczę, że w dobrym momencie przejmie pałeczkę gdy ja odejdę by przygotować kolejne danie. Może te studia z socjologii jednak nie były przypadkowe? Uwierzcie mi, że teorie Ervinga Goffman’a przydają się stuprocentowo !

 

Zobacz także

No Comments

Leave a Reply