Wrażeń OBIADÓW CZWARTKOWYCH

POWRÓT DO KORZENI

5 marca 2018

Obiady Czwartkowe rosną w siłę. 
II edycja ma miejsce w moim ulubionym koktajl barze w Warszawie – Kiti Bar.
Zdecydowaliśmy się na kontynuowanie formy składającej się z trzech dań tak jak było u mnie w domu,
natomiast chłopcy mają zadanie dopasować do tego idealne drinki alkoholowe.
Szczerze Wam powiem, że jak na premierę (bez próby generalnej) nieźle nam to wszystko wyszło…

obiad czwartkowy, kolacja, warszawa, głodna daga, gotuje

koktajl bar, warszawa, kiti bar, wnętrze,

kiti bar, warszawa, najlepszy koktajl bar, obiady czwartkowe, glodna daga

Na pierwszą kolacje zebraliśmy dwanaście osób. To dwa razy więcej niż mogłam przyjąć w mieszkaniu. Niesamowicie cieszy mnie fakt, że ludzie potrzebują autentycznej i dobrej kuchni nie tylko w eleganckich restauracjach, ale także w małych autorskich projektach. Zależy nam na tym, abyście mogli siedzieć przy jednym stole, poznać nowe osoby i porozmawiać, również o dobrej kuchni! Przy domowej edycji obserwowałam jak bardzo jest to nam potrzebne. My pragniemy kontaktu międzyludzkiego, tylko po prostu nie mamy na niego czasu. Pracujemy, często żyjemy w stałych związkach, teraz dochodzi jeszcze minusowa temperatura, która nie zachęca do wychodzenia z domu, a umówienie się ze znajomym na kawę czasem graniczy z cudem – jako freelancer uwierzcie mi na słowo, nawet ja mam z tym problem. Dlatego te czwartki mają po trochu mobilizować do wyjścia, do tego aby poznać kogoś nowego i aby porozmawiać przy jedzeniu! To jest jeden z głównych powodów dlaczego powstały obiady czwartkowe, jednak nie jest jedynym.

Muszę Wam się przyznać, że prawie dwadzieścia lat nie rozumiałam kuchni polskiej. Wydawała mi się za ciężka, za banalna, za oczywista. Jestem buntowniczką i czasem długo dochodzę do stwierdzenia, że w sumie nie mam racji. Jak widać to jeden z dłuższych buntów. Dopiero kiedy zaczęłam pracować w restauracjach dostrzegłam jak produkty, które są dostępne w naszym kraju są arcyciekawe. Ile możemy z nich uzyskać faktur, smaków i autentyczności. Trochę pluję sobie w brodę bo moja babcia miała polską kuchnię w małym palcu, a ja dopiero cztery lata temu zaczęłam z nią o niej rozmawiać. Człowiek uczy się na błędach, dlatego teraz większość swojego czasu poświęcam na tradycyjnej kuchni. Często dania bazują na potrawach z dzieciństwa, których tak bardzo nie lubiłam. Moja babcia nie mogła przeżyć, że nie chcę jeść rosołu. Jak tylko widziałam oka tłuszczu lub kawałek mięsa w zupie uciekałam z piskiem. Teraz? Zupa bez wkładki i bazy rosołowej wydaje mi się mniej ciekawa. 
Pierwszą kolacje w Kiti nazwaliśmy „Powrotem do korzeni”, też z tego względu. Chciałam pokazać dania, które pamiętam z młodości jednak udoskonaliłam je dodając im trochę swoich smaków. 

kiti bar, jedzenie, glodnadaga, obiady czwartkowe, menu degustacyjne, zupa, danie główne, pączki

Pierwszym daniem, które pojawiło się na kolacji było Consommé z królika z domowymi uszkami. Farsz pierogów wypełniło duszone mięso z królika z dodatkiem karmelizowanego pora w pieprzu syczuańskim. Tak jak wspomniałam wyżej, dużą inspiracją w gotowaniu jest kuchnia mojej babci, a rosół był jedną z ważniejszych pozycji na obiadach niedzielnych. Gotowany na drobiu lub wołowinie często bywał także esencjonalną bazą do innych zup i sosów. Nie mogłabym sobie odmówić premierowej uczty w towarzystwie tej dobrze nam wszystkim znanej przystawce i metaforycznie oddać hołd babci, że miała rację. Każdy kucharz chce zbudować autorskie danie, oczywiście i ja tego pragnę, jednak  to co jest dla mnie najważniejsze to tradycyjne podstawy do każdej potrawy. Lubię długie duszenie, długie gotowanie i pieczenie. Mam to szczęście, że na jedną kolację, która trwa z reguły półtorej godziny mam dwa dni na przygotowania. Oprócz ciężkiej pracy jest to fajna medytacja. Wszystko robię ręcznie i w pojedynkę, dzięki czemu mam sporo czasu na rozmyślania jakby to jeszcze ciekawiej podkręcić. W pierwszym daniu pomógł mi w tym szafran – nadał kwiecisty posmak i kolor bulionowi. Królik nie wiedzieć dlaczego jest rzadko spotykany w warszawskich restauracjach. Zawsze gdy go znajdę w karcie chętnie zamawiam bo tak rzadko mogę go zjeść. Spróbujcie kiedyś wątróbkę z królika, jest tak delikatna, że nadaje nowe znaczenie podrobom!

Słyszeliście o języczkach teściowej? Jest to część mięśnia pod grzebieniowego łopatki, który uważany jest za najsmaczniejszą i najdelikatniejszą część wołowiny. Dlatego uraczyłam nim moich pierwszych gości. Mięso dusiłam w przyprawach korzennych i piwie przez ponad trzy godziny aby uzyskać idealnie kruchą konsystencję. Podane w towarzystwie puree z batatów i dyni okazało się jeszcze bardziej kremowe, a pikle z selera nadały przyjemnej świeżości. Gdy rozmawiałam z gośćmi po kolacji, danie główne konkurowało z deserem. Cieszy mnie to podwójnie, bo z trzech potraw aż dwie znacząco się wybiły i mam nadzieję, że ten smak pozostanie z uczestnikami na długo!

Tłusty czwartek nie jest moim ulubionym świętem. Odstraszają mnie przede wszystkim kolejki i dlatego wolę to ważne święto celebrować innego dnia. Postanowiłam to zrobić na premierowej kolacji. Pączki, które zaserwowałam na zakończenie miłej kolacji były smakiem z dzieciństwa. Długo zastanawiałam się dlaczego różniły się tak bardzo od tych z cukierni. Gdy jeździłam na wakacje na wieś, ciocia Zosia smażyła je w ilości hurtowej, a cała rodzina wieczorem objadała się nimi ze smakiem. Okazało się, że smak tkwi w ziemniaku, a przypomniała mi o tym Joanna Jakubiuk na warsztatach kulinarnych. Niesamowite uczucie, kiedy zapominasz już o smaku, a nagle po kilkunastu latach wraca on ze zdwojoną siłą.  To dzięki ugotowanym ziemniakom i dodanym do surowego ciasta, pączki mają jeszcze bardziej gąbczastą strukturę, a skórka jest niesamowicie chrupiąca. Podałam je z cynamonem, cytrynowym lukrem i konfiturą z moreli produkcji mojej babci i mamy – bo obie robią ją lepszą ode mnie. 

koktajle, adonis, kiti bar, najlepszy koktajl bar, ramos gin fizz,

O koktajle nie miałam co się martwić. Gdy zrobiliśmy testy jedzenia kilka tygodni przed kolacją, widziałam jak chłopakom nawarstwiają się pomysły z każdym kęsem. To kolejne niesamowite szczęście w moim życiu. Na ulicę Kruczą 6/14 chodzę regularnie od początku Kity. Nawet wcześniej bywałam w Colombii, która przez kilka lat funkcjonowała w tym miejscu. Kiedyś nie rozumiałam ludzi, którzy bywają w tych samych miejscach – przecież świat ma tak dużo do zaoferowania. To prawda, ale gdy w pewne miejsca chodzisz regularnie, znasz obsługę, możesz z nimi porozmawiać na inne tematy niż co zamówić, czujesz się jak w przyjaznym dla Ciebie miejscu, czujesz się zaopiekowany. Tak też mam w Kicie i Kiti. Wchodzę i widzę jak idzie do mnie uśmiechnięta znajoma twarz i przytula jakbyśmy nie widzieli się wieki. Ale znowu, historia podobna jak w Concept13 – jeszcze pół roku temu gdyby ktoś mi powiedział, że będę tu przygotowywać obiady czwartkowe, puknęłabym jego i siebie w głowę. BO TO PRZECIEŻ NIE MOŻLIWE – a jednak!

Pierwszy koktajl, który przygotował Adam Grądziel z Kubą Kozłowskim był Adonis, w którym wyczuwalne było  wytrawne sherry skrzyżowane ze słodkim wermutem, olejem sezamowym, kordiałem z limonek i esencją mandarynkową. Było to naprawdę fajnym początkiem, bo podaliśmy go jeszcze przed zupą aby pobudził kubki smakowe naszych gości. Mi osobiście podobała się bardzo forma podania, również nawiązująca do przystawki. 

Danie główne rzeczywiście wymagało treściwej receptury. W tym przypadku za bazę posłużył nam wyjątkowy jamajski rum macerowany z ananasami przyprawiony esencją kawową, kordiałem z krwawych pomarańczy i kogucim, domowym likierem Pimento Drum, sygnowanym przez samego Shambalaya. Ten koktajl był w punkt. Wytrawny i mocny, a to moje ulubione połączenie smakowe. Po rozmowie z gośćmi okazał się także najczęściej wspominanym koktajlem ze wszystkich więc wychodzi na to, że to daniem głównym najcieplej przytuliliśmy wszystkich zebranych.

Ostatni koktajl był dla mnie zaskoczeniem. Nie jestem fanką mleczno słodkich koktajli, jednak ten bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. W liść bananowca koguty wkomponowały niezwyczajną wersję Ramos Gin Fizz. Zamiast ginu chłopcy polali słoneczny rum, a pozostałe składniki dodały intensywne smaki z czarnej herbaty i owocu bergamotki. Do pączków weszły jak złoto!

życie barmana, kiti bar, koktajl bar, najlepszy, drinki, warszawa

aplauz, kolacja, projekt, obiady czwartkowe, głodna daga

Chociaż wieczór był sygnowany moim projektem i pomysłem, nie odbyłby się gdyby nie bardzo mocne zaplecze, a raczej pierwsze skrzypce jakimi są wszyscy barmani z Kiti. Miałam okazję popracować z nimi przez kilka dni i już nie mogę doczekać się kolejnych. Są niesamowicie zorganizowani, otwarci, ambitni, pracowici i przystojni. No i mają piękną perłę jaką jest Sonia, jedyna kobieta w całym zespole. Pomagała mi tego dnia w kuchni i wytrzymywała mój stres związany z całym wieczorem. Dziękuję, że przyjęliście mnie tak miło do grupy i że od razu poczułam się w niej bezpiecznie. To właśnie takie rzeczy wpływają na atmosferę oraz smak potraw i koktajli. A to jak widać wyszło nam nieźle i już mamy apetyt na więcej!

 

Za zdjęcia dziękuję Borysowi Roswadowskiemu, Agacie Dąbrowskiej i Mateuszowi Rosińskiemu
Okładka : Zuzanna Szamocka

Zobacz także

No Comments

Leave a Reply