Wrażeń OBIADÓW CZWARTKOWYCH

PREMIEROWA KOLACJA

14 grudnia 2017

Za tydzień ma miejsce pożegnalna kolacja w tym sezonie. To czego nauczyłam się przez ostatnie cztery miesiące pokazało mi jak ważni są dla mnie ludzie. Potrzebuję kontaktu z nimi oraz rozmów przy posiłku, bo właśnie to wyniosłam z rodzinnego domu. Spędzając wakacje na wsi pamiętam każdy wieczór z suto zastawionym stołem wypełnionym dobrym jedzeniem. Muszę Wam się przyznać, że ciężko jest się od tego odzwyczaić.

To była jedyna kolacja, na której się stresowałam. Wszystko działo się na ostatnią chwilę, rzeczy zaplanowane nie do końca zostały zrealizowane. Jeszcze godzinę przed kolacją wykonałam telefon pomocniczy do przyjaciela kucharza, jak przygotować danie główne tak, aby móc je jedynie dokończyć przy gościach. Wszystko poszłoby idealnie, gdybym miała maszynę do teleportacji i zdążyła pojechać po dobrze mi znany ryż do risotto. Oczywiście pech chciał, że zabrakło mi czasu i kupiłam niesprawdzony pod Halą Mirowską, gdzie zazwyczaj kupuje większość produktów na kolacje. Do tej pory to był jedyny fuck up, do którego przyznaje się bez bicia. Tak mnie męczył przez ostatnie miesiące, że tydzień temu postanowiłam odtworzyć podobne danie, które wyszło idealnie, a ja dzięki temu mogę już spać spokojnie. 

Pewnie też dlatego podczas głosowania przy tej kolacji wygrała przystawka. Zupa, która ratuje mi często życie, jest pożywna, esencjonalna i przede wszystkim bardzo łatwa do zrobienia, nawet dla początkujących w kuchni. Pamiętam jak rok temu uraczyłam nią moich znajomych w Paryżu. Dojechaliśmy zmęczeni i bardzo głodni, a ja pomyślałam, że to danie nie dość, że jest szybkie, to mocno nas rozgrzeje w listopadowy wieczór. Tak też się stało – a co najlepsze, dodatkowe klopsiki w zupie i parmezan powodują, że zupa wydaje się jeszcze bardziej wysublimowana! Wyobraźcie sobie jaki miała aromatyczny smak, gdy podałam ją na młodych warzywach w ostatni dzień sierpnia podczas pierwszej oficjalnej kolacji… Mimo tego, okres zimowy też jest na nią idealny. W końcu produkty, na których jest robiona to głównie bulwy i korzenie, więc mroźne miesiące nie są jej straszne. 

Bulion w tym przypadku nie potrzebuje długiego gotowania, więc danie zajmuje nie dłużej niż godzinę. Marchewkę, pietruszkę, ziemniaki i seler, obierz i pokrój w dużą kostkę – mniej więcej 1cm x 1cm. Tak samo pokrój boczek. Cebulę i czosnek posiekaj, a pora bardzo cienko pokrój w krążki. Łyżkę masła rozgrzej na dużym ogniu w garnku, a gdy masło się rozpuści i zacznie skwierczeć zmniejsz płomień na średni. Następnie wrzuć do garnka boczek, liście laurowe, ziele angielskie i wędzoną paprykę. Gdy zarumieni się boczek, dorzuć cebulę, a po dwóch minutach czosnek i pora. Bardzo często przy gotowaniu kieruję się zapachami. Gdy w powietrzu zaczyna się unosić zapach przypraw, wiem, że pora na następny krok. Zazwyczaj równorzędnie warzywa zaczynają być szkliste (w tym przypadku cebula, por i czosnek), więc to już zależy tylko od Was jak będziecie kontrolować wrzucanie kolejnych składników 😉 Kolejnym etapem jest zalanie wszystkiego letnią wodą – tak aby przykryła całą zawartość w garnku oraz dodanie pomidorów. Tutaj znowu są dwie metody. Ja nie jestem zwolenniczką marnotrawienia żywności, dlatego blenduję całe pomidory, jedynie gdy skórka jest gruba i twarda, to je obieram. Jeśli nie lubicie pestek w zupie, a chcecie się ich łatwo pozbyć, wystarczy zmiksować pomidory i przetrzeć przez sito. Gdy wywar zacznie się gotować, zmniejsz płomień na minimalny i pozwól mu dojść w 20-25 minut. Dorzuć w tym czasie świeży rozmaryn i tymianek oraz wszystkie warzywa pokrojone w kostkę.

Gdy bulion będzie dochodził zabierz się za klopsiki. Pokrój szalotkę i boczek w bardzo drobną kostkę, posiekaj czosnek i natkę pietruszki. Wrzuć wszystko do miski z mielonym mięsem i wymieszaj z bułką tartą. Dodaj do tego jeszcze jajko, oliwę, sól i pieprz do smaku. Gdy wyrobisz farsz formuj z niego małe kulki. Następnie rozsyp na stolnicy trochę mąki pszennej i obtaczaj w niej klopsiki. Gdy będą gotowe wrzuć je do gotującej się zupy. Mięso będzie ugotowane w momencie, gdy wypłynie na wierzch zupy – zazwyczaj trwa to 8-10 minut. Moją ulubioną dekoracją minestrone jest parmezan i bazylia, która dodaje fajnej świeżości. Teraz wystarczy doprawić zupę solą, pieprzem i gotowe!

Kolejnym zaserwowanym daniem było risotto z dynią. Gotowane na wołowym esencjonalnym bulionie, z pieczoną dynią w rozmarynie i włoskim grana padano, nie zachwyciło. Nic dziwnego, bo ryż sprowadzany z Włoch przez pana Darka pod Halą okazał się klapą. Nauczka i dla mnie – zawsze sprawdzaj produkty przed ważnymi wydarzeniami! Mimo tego goście byli cudowni, bo nikt nie powiedział złego słowa, jedynie narzekali na wielkość potraw, które były za duże. Dlatego od września zaczęłam podawać mniejsze, licząc, że ktokolwiek będzie chciał dokładkę. Nie dość, że chcą dokładki, to co niektórzy biorą słoiki do domu. A mnie nic tak nie cieszy jak karmienie swoimi pomysłami innych!

Deser był moim faworytem. Domowe tiramisu z morelowo-pomarańczową nalewką mojej produkcji. Było idealnie puszyste, nasączone kawą, ale w dobrych proporcjach. Nie miało nadmiernej ilości kakao, czego nienawidzę w restauracjach. Szczególnie, kiedy mam całe czarne zęby i ledwo oddycham od nadmiaru proszku w gardle… Deser smakował również moim gościom i mojemu kochanemu chłopakowi, który przypomniał sobie o zrobieniu zdjęcia dopiero gdy je całe pochłonęliśmy. Dlatego jedyne co możecie zobaczyć na zdjęciu to mój body language, który wyraźnie mówi, że ciało jest już spokojne i gotowe do pełnego relaksu.

Ludzie zawsze byli dla mnie ważni i jakby nie patrzeć to ich obecność w moim życiu pchnęła mnie do autorskiej kuchni. Dlatego wpadliśmy na pomysł aby wspólnie się fotografować po każdej kolacji. Po pierwsze na pamiątkę tej ważnej chwili, a po drugie by zatrzymać czas i móc się nią rozkoszować kiedy mam na to ochotę. Dziękuję, że byliście moimi pierwszymi gośćmi. Paweł z Moniką, którzy są dla mnie jak rodzina, Dagmara z Kubą, którzy mnie inspirują oraz Julia z Filipem, dzięki którym ruszyłam z czwartkowymi kolacjami. Julia parę tygodni wcześniej zaprosiła do mojego domu dziennikarkę z Bostonu, która chciała nauczyć się ode mnie polskiej kuchni i to właśnie ta sytuacja spowodowała, że pomyślałam, że jestem w końcu gotowa. Nie tylko na kolacje, o których myślałam od dwóch lat, ale cały czas nie miałam pomysłu jak i gdzie je organizować, ale także na stronę internetową, której bardzo długo się obawiałam. W lipcu tego roku weszliśmy z Borysem do tego mieszkania, zobaczyłam pustą przestrzeń z małą spiżarnią obok kuchni i już wiedziałam, że to tu zacznę spełniać te długo wyczekiwane marzenia. Niesamowite, że były one tak naprawdę na wyciągnięcie ręki. 

Zobacz także

Brak komentarzy

Zostaw tipa