Karaibski sen

Z głośników leci właśnie Buena Vista Social Club, a za oknem mam widok na Morze Karaibskie.
Tym razem piszę do Was z wyspy Curaçao, położonej niedaleko Wenezueli.
Temperatura waha się między 32-36 stopni, wieje ciągle mocny wiatr, a ja jestem Głodna.
Kultury, ludzi, a przede wszystkim jedzenia.
Tak jak pisałam w poprzednim wpisie uwielbiam lokalne jedzenie, dlatego nie odmawiam sobie przyjemności i kiedy tylko nadarza się okazja jem wszystko nowe,
co wpadnie mi w ręce.
Jako, że wyspa należy do Holandii, znajduje się na niej duży wpływ wielu kultur.
Znajdziemy tu kuchnię hinduską, surinamską, chińską, amerykańską, wenezuelską, indonezyjską – jednak wszystko z karaibskim twistem.
Zapach ziół, ostrych przypraw i egzotycznych owoców, wyczuwalny jest na każdym kroku.
Do tej pory miałam okazję zjeść w paru miejscach, jednak to głównie o trzech chcę Wam dzisiaj napisać.

Pierwsze z nich to malutki bar pod nazwą Oriental Express z kuchnią hinduską.
Na zewnątrz są tylko dwa stoliki, wszystkie potrawy dostaje się w styropianowych i plastikowych pojemnikach. Obsługa jest miła i chętnie doradza w wyborze dań.
Ze znajomymi decydujemy się na 3 dania mięsne :
Makhani – jest to mięso wolno pieczone w sosie pomidorowym,
Malabar – jest to tradycyjne danie z Południowych Indii na bazie sosu z gorczycy i kokosowego curry,
Dhania Masala – sos na bazie kolendry i czosnku.
Do tego zamawiamy Roti – pszenne placki, głównie znane w Północnych Indiach, Pakistanie i Nepalu.
Jedzenie jest dość ostre, jednak dzięki pieczywu i świeżej limonce łagodzi podniebienie, co pozwala na powolne delektowanie się smakiem.
Kremowy sos pomidorowy z poszarpanym mięsem w środku, rozpływał się w ustach. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że jest najlepszy. Najmniej ostry, podany w temperaturze idealnej do jedzenia, do tego mięso było bardzo dobrze ugotowane.
Malabar był dla mnie za słony. Jeśli jem ostre jedzenie, nie lubię kiedy jest również mocno posolone. Przez to mało wyczuwam smak sosu i innych przypraw. Tak było i w tym przypadku, musztarda dominowała, a mleko kokosowe gdzieś się zgubiło.
Dhania Masala była mocno kolendrowa, co dla mnie jest ogromnym plusem. Kolendra to jedno z moich ulubionych ziół.

Oriental Express

Kolejnym miejscem jest surinamski bar pod szyldem Warung Jawa.
„Warung” oznacza bar przydrożny i właśnie tak można się tutaj poczuć. Szybkie barowe jedzenie przygotowywane przez surinamską rodzinę.
Rodzinny biznes ma korzenie indonezyjskie, hinduskie i chińskie.
Dlatego w menu są potrawy z tych właśnie krajów.
Decydujemy się na zupy i drugie dania.
Na początek wszyscy dostajemy Saoto – jest to zupa z wędzonym kurczakiem serwowana na Jawie i w Surinamie. Oprócz mięsa są pieczone bardzo drobno posiatkowane ziemniaki, kiełki, smażona cebula i makaron. Dodatkowo (do smaku) można zamówić jajko, ryż oraz ostry sos.

IMG_4008

Zupa kosztuje 4$, a ja po niej jestem już najedzona. Bulion był bardzo esencjonalny, dodatki chrupiące, a wędzone mięso ze skórą kruche i smaczne.
Na drugie danie decyduję się na talerz z największymi przysmakami baru, tzw. Bami Rames.
Jest na nim ryż kokosowy z udkiem kurczaka, smażony makaron i ryż z sojowym kurczakiem (Bamie / Nasie Kip), satay, fasolka szparagowa z sosem z orzeszków ziemnych (Petjil) i ogórki z octu.
Najbardziej smakuje mi ryż kokosowy i smażony makaron z sojowym kurczakiem. Ryż jest sypki, a dodatek prażonego kokosa, idealnie komponuje się z orzechowym sosem i mięsem. Natomiast makaron jest sprężysty, podany w sosie sojowym, a kurczak wyjątkowo delikatny i miękki, bardzo łatwo odchodzi od kości i jest dobrze spieczony. Zaskoczeniem są ogórki, które smakują jak marynowane przez moją babcię (w occie, musztardzie i miodzie).

IMG_4009

Reszta grupy decyduje się na roti z krewetkami bądź kozą w żółtym curry i gotowanymi warzywami. Placek jest stworzony do rwania i używania w formie sztućców, bardzo łatwo nim się nabiera mięso i dodatki.

Ostatnie miejsce, o którym chcę Wam powiedzieć, to restauracja w centrum Willemstad
(stolica) pod nazwą The Gouverneur.
Po pierwsze, lokal ten ma obsługę na bardzo wysokim poziomie.
Byliśmy już w paru restauracjach i w żadnej nikt tak o nas nie zadbał.
Przez przypadek trafiliśmy tu na Happy Hours. Dzięki temu poznałam smak jamajskiego rumu w połączeniu z blue curaçao. W rumie się zakochałam, w likierze niekoniecznie. Mimo tego, warto było spróbować tego karaibskiego twistu. Następnie przeszliśmy do części restauracyjnej, gdzie skusiłam się na Karni Stobę, czyli miękką, długo pieczoną wołowinę w karaibskich przyprawach. Do tego dostałam chipsy z banana i ryż z czarną fasolą (dodatek do dań kuchni dominikańskiej).
Muszę przyznać, że przez chwilę myślałam, że są to poliki wołowe, ponieważ ich konsystencja była tak samo rozpływająca się na języku, jednak była to zwykła polędwica, która powaliła na głowę moje kubki smakowe.
Spróbowałam też wędzonego kurczaka w sosie orzechowym z chutneyem z mango. Satay nie jest mi obcy, mango też nie, ale ten chutney był nieziemski. Mango słodko – kwaśne, z dodatkiem świeżej papryczki chilli i świeżych ziół. Mogłabym tego zjeść cały słoik…

IMG_3942

Głodna.

One comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wszystko jest dla ludzi

Należy pamiętać, że ludzie, którzy nas otaczają mają na nas ogromny wpływ.
To także dzięki nim więcej poznajemy i poszerzamy nasze horyzonty.
Mam to szczęście, że wielu moich bliskich interesuje się gotowaniem i podróżowaniem. Myślę, że są to dwa nieodłączne elementy poznawania smaków, nie tylko naszych regionalnych, ale i całego świata. Przed pracą w gastronomii przynajmniej raz w roku wyjeżdżałam z mamą na wakacje. Na początku to głównie dzięki niej zainteresowałam się przeróżnymi, czasami dziwnymi połączeniami smakowymi. Mięso i czekolada, sól i karmel, czy lody waniliowe z octem balsamicznym, poznałam będąc dzieckiem. Kiedy stałam się nastolatką doszły do tego wspomniane wyżej podróże, a wraz z nimi ogromny koloryt aromatów.
Zaczynając od kuchni włoskiej, przez francuską, węgierską, dotarłam aż do meksykańskiej. Zawsze byłam osobą, która chciała poznać jak najwięcej smaków regionalnej kuchni. Restauracje z gwiazdkami Michelin są mi jak na razie obce. Na dzień dzisiejszy cenię sobie poznawanie kuchni od ludzi, którzy prowadzą lokalne restauracje, często mało uczęszczane przez turystów – to jest dla mnie prawdziwa egzotyka i luksus.
Oczywiście, żeby nikt mnie źle nie zrozumiał, restauracje z gwiazdkami po prostu na dzień dzisiejszy są dla mnie nieosiągalne.

Dzięki poszukiwaniom tego, co w danej kuchni może być najlepsze i lokalne, mam na świecie – nie tylko w Polsce, parę takich miejsc, do których z przyjemnością wracam. Macie czasami wrażenie, że na samą myśl o jakiejś potrawie wasze kubki smakowe zaczynają na tyle intensywnie działać, że bez problemu jesteście w stanie odwzorować ich zapach i smak? Właśnie te smaki najprawdopodobniej są waszymi ulubionymi.
Lody pistacjowe w Taorminie, tacos z wołowiną z budki samochodowej w Cancun, Hot dog z homarem w Los Angeles, włoska pizza w Amsterdamie, ravioli z dynią w Weronie, zupa cebulowa w Paryżu, kurczak mole palony w dole małej wioski w Meksyku – to tylko parę przykładów, które wypisując mam na czubku języka…
Co jest jeszcze cudowniejsze, to fakt, że wymienione przeze mnie potrawy nie przekraczały 40 złotych.
Miejsca, które będę Wam opisywać to nie tylko ludzie, dania, ale i jakość w stosunku do ceny.
To miejsca, do których będziecie mogli wracać, bo jedzenie jest na takim samym poziomie przez lata.
Szczerze powiedziawszy irytują mnie mody na jedzenie wegańskie, na rameny, na sushi czy burgery – ale są miejsca w Warszawie, które z pełną odpowiedzialnością rekomenduję, bo nie chodzę do nich od miesiąca, a od paru lat albo bardzo często w ostatnim czasie.
Nie wierzę w recenzje po jednej wizycie w danym lokalu. Jak mi coś zasmakuje potrafię minimum 3-4 razy w miesiącu wrócić do danego miejsca, by sprawdzić większość potraw, a przy okazji wrócić do tych ulubionych dań, by przekonać się, czy smakują tak samo dobrze jak za pierwszym razem.
Dlatego recenzji będzie tu stosunkowo mało, ale obiecuję, że jeśli będą – to rzetelne i prawdziwe.
Tak jak i perły – w stolicy, mamy także tonące statki, niestety wciąż jest ich więcej i o nich też będę pisać.
Miejsca po których ma się problemy żołądkowe, mdłości lub ogólne złe samopoczucie, powinny być rozgłaszane.
Miejsca, w których obsługa jest arogancka, chamska i zdarza się, że jest pod wpływem różnych używek również nie powinna zostać w cieniu.
Wyprowadźmy w końcu na wyżyny: kunszt gotowania, ideę dobrych restauracji oraz ludzi, którzy stoją za świetnymi daniami. Naprawdę na to zasługują, a my zasługujemy na wysoki poziom sztuki kulinarnej i obsługi.

concept13

Głodna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wracamy na start!

Wybaczcie tą długą nieobecność na stronie.
Moja głodna głowa musiała się dobrze pożywić nowymi pomysłami i planami na najbliższe miesiące.

Od 2013 roku utrzymuję się z gastronomii. Czasami zastanawiam się nad trybem mojej pracy w tym zawodzie. Mój najdłuższy staż w jednej restauracji to sześć miesięcy. Pół roku ciężkiej pracy, od której jestem chyba uzależniona, bo działa na mnie jak narkotyk. Te kilkadziesiąt tygodni staram się spełnić i naładować baterie na kolejne miesiące.
Oprócz pracy w kuchni, studiuję (jeszcze) dwa kierunki dziennie.
Na razie to tylko z tego powodu przerywam pracę.

Mamy lipiec a ja musiałam podjąć ważne decyzje na lato.
Szukać pracy na najbliższe 5-6 miesięcy w restauracji, czy może usiąść i w końcu dać Wam to, co od dawna chcę Wam ofiarować.

Na reszcie jestem na to gotowa.

 

glodna

Głodna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Do roboty!

Ciężko jest zacząć – to wiemy wszyscy.
Ale jeśli już zaczniemy i uda nam się po jakimś czasie zobaczyć efekty naszej pracy…
Chcemy więcej.
Ja marzę o tym by dawać więcej, skoro mam się czym dzielić. 
Ponad rok temu założyłam fanpage na facebooku. 
W dniu dzisiejszym suma użytkowników to 1450 osób. Obiecałam sobie, że jeśli zainteresuję chociaż 1000 osób swoimi gastronomicznymi przemyśleniami, zbuduję prawdziwą, rzetelną stronę.
Oto ona.

Przede wszystkim do założenia strony zainspirowała mnie kuchnia, a raczej praca w kuchni.
Jako, że na poważnie interesuję się gastronomią od 2011 roku, w 2012 zaczęłam pracować na różnych stanowiskach w warszawskich restauracjach. Mamy koniec roku 2015 i jak dotąd udało mi się zdobyć sporo doświadczenia i czemu by się z Wami nim nie podzielić?
Dzięki poznaniu kuchni od podszewki, nie tylko poszerzyłam wiedzę o techniki gotowania.
Przede wszystkim poznałam ludzi, którzy kochają swój zawód. Wkładają w niego mnóstwo czasu i energii, a efekty w takim przypadku wypadają wspaniale.
Jednak nie tylko z takich kucharzy składa się warszawska gastronomia i o tym, choć rzadziej, również będę wspominać.
Dzięki pracy jako kelnerka czy kucharka widzę jak zmienił się mój stosunek do ludzi pracujących w gastronomii.
Problem pojawia się tylko wtedy, kiedy mam do czynienia z osobami, które pracują w gastronomii „bo jest łatwo”, a to wcale nie jest prawdą.
To ciągła mobilizacja nie tylko siebie, ale całego zespołu.
To ciągłe skupienie i ciągła praca, co zrozumiałam dopiero od momentu kiedy przekroczyłam drzwi restauracji w białym kitlu.
Chciałabym dzielić się z Wami odkryciami kulinarnymi, dać możliwość poznania ludzi, którzy stoją za waszymi potrawami w restauracji, ale też chcę podzielić się z Wami moimi doświadczeniami. Tymi dobrymi i złymi rzeczami.
Nie znajdziecie tu stricte recenzji z restauracji, chcę by moja strona głównie skupiała się na ludziach, którzy przygotowują potrawy. Porozmawiać o ich inspiracjach, pomysłach i marzeniach.
Jeśli jesteś kucharzem, lub po prostu lubisz gotować, gdzie indziej pokazać swoje marzenia jak nie na talerzu?

glodna

Głodna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *