Smaku W DOMU

ODCZAROWANA DIETA PUDEŁKOWA

24 lipca 2018

Założenia diety pudełkowej w moim przypadku były proste. 
Po pierwsze, poszukiwałam idealnej marki, która oczaruje mnie swoim smakiem.
Po drugie, chciałam przyzwyczaić organizm do zdrowych nawyków.
Czy mi się to udało?…

berlin glodnadaga

Ale po co ta dieta?

Ponad trzy tygodnie badałam sprawę diety pudełkowej na moich kanałach społecznościowych. Obserwowałam z początku kilkanaście diet na terenie Warszawy, aby sprawdzić ich pomysły na potrawy i różnorodność w doborze posiłków. Interesowały mnie głównie dwie rzeczy na płaszczyźnie kulinarnej : smak i techniki gotowania. Na drugim miejscu ważne było abym spróbowała wprowadzić zdrowe nawyki. Życie freelancera z jednej strony jest całkiem przyjemne. Wstajesz kiedy chcesz, jesz kiedy chcesz, publikujesz kiedy chcesz i tak jak pierwsza i ostatnia czynność w sumie mi nie przeszkadza, tak jedzenie, owszem. To, że jestem zawsze Głodna już wiecie – ale to, że rzadko znajduję czas na regularne ćwiczenia przynajmniej trzy razy w tygodniu to już nie. Ratuje mnie rower, którym przemieszczam się po Warszawie. To ostatnio jeden z niewielu sportów, które mam okazję uprawiać systematycznie. Nieregularne jedzenie w dobrych nawykach również nie pomaga. Obserwuje swój organizm dość dokładnie i widzę jak reaguje na późne kolacje. Nie znosi tego, a ja uporczywie co jakiś czas ponawiałam swoją próbę – bezskutecznie. Znajdując odpowiednią dietę ważne było dla mnie podejście firmy do konkretnej osoby. Gdy poleciliście mi Nice To Fit You, spodobała mi się ich oferta „foodie”, od razu wykonałam telefon na infolinie i wzięłam się do działania.

Kiedy dietetyczka współpracująca z NTFY wypytała mnie o wszystkie szczegóły związane z moim podejściem do diety : po co to robię, co chcę osiągnąć i jak do tej pory wygląda moja systematyczność w sposobie żywienia, zasugerowała, że w moim przypadku najlepsze dzienne zapotrzebowanie to 1700 kcal. Dzięki temu jeden z posiłków zawsze trafiał do mojego partnera, który codziennie mógł sobie wybrać drugie śniadanie lub podwieczorek z mojej diety i zabrać ze sobą do pracy. Ja za to codziennie jadłam cztery posiłki, co i tak wymagało ode mnie niezłej samodyscypliny. W pierwszym tygodniu nastawiałam sobie budziki o konkretnej godzinie. W drugim tygodniu mój organizm sam domagał się systematyczności w dostarczaniu pokarmu. Dzięki temu od trzech tygodni jadam w regularnych porach. Zaczynam pierwszy posiłek około ósmej rano, ostatni zjadam najpóźniej o dwudziestej. Oczywiście, to dopiero początki. Przede mną pierwszy tydzień bez diety pudełkowej, na razie idzie mi całkiem nieźle. Zjadam cztery posiłki dziennie, a że ostatnie dni więcej spaceruje niż jeżdżę na rowerze postanowiłam zmniejszyć kaloryczność do 1500. Kto wie, może nawet trochę schudnę? 

Święta Trójca.

Przyznam się zupełnie szczerze, że nie spodziewałam się po diecie pudełkowej smaków, które by mnie zaskoczyły. Nastawiłam się, że wypróbuję najczęściej polecaną dietę pudełkową wśród moich czytelników i nie przeżyję czarodziejskich fuck upów. Udało się! Całe dwa tygodnie przebiegły w stoickim spokoju i bez wpadania ze skrajności w skrajność. Pozwoliłam sobie nawet wyliczyć średnią wszystkich posiłków i ku mojemu zaskoczeniu otrzymałam piękną liczbę wynoszącą 7,41. A to nie wszystko!
Aż trzy dania wyróżniły się na tle reszty. Zaskoczyły mnie smakiem, konsystencją i techniką. Kto by pomyślał, że dwie zmory z czasów dzieciństwa tutaj okażą się najlepszymi daniami z diety! Doszukiwanie się plusów i minusów diety działało na wielu płaszczyznach. Pozwalałam sobie nie zerkać wcześniej na opakowania, wolałam najpierw spróbować, ocenić jakie smaki czuję, a dopiero po całym posiłku sprawdzałam na ile zgadzają się one z opisem. 

Placki z kaszy manny z dodatkiem maku, pomarańczy i syropu daktylowego były pierwszym złotym strzałem. Jedząc to cudowne śniadanie zastanawiałam się jak to możliwe, że kasza jaglana tak dobrze obroniła się w puszystym cieście. Gdy zobaczyłam, że głównym składnikiem była moja zmora (nieustannie aż do lipca 2018 roku) stwierdziłam, że to danie spadło na mnie jak manna z nieba. Oto właśnie Olga Maj, która stoi za przepisami dla diety foodie odczarowała mi jeden z niewielu składników na mojej prywatnej czarnej liście. Dzięki!

Papryka faszerowana to była jedna z niewielu rzeczy, którą jadłam ze sztucznym uśmiechem na twarzy, na niedzielnych obiadach u mojej babci. Faszerowaną cukinię i bakłażana kochałam, ale papryka… Było wiele argumentów przeciw. Otóż paprykę moi drodzy jem dopiero od zeszłego lata. Jej chrupkość, intensywny smak i wilgotność zawsze mi przeszkadzały. Nie lubiłam jej ani na surowo, ani pieczonej, ani gotowanej. Dzisiaj pisząc dla Was ten tekst jem pierwszy raz w życiu kanapkę z surową papryką i serem. Dacie wiarę? I nagle pojawia się ta papryka w pudełku, pomyślałam „dziewczyno, nie uprzedzaj się, spróbuj. Może nie będzie tak źle?” Biorę pierwszy kęs i aż zamknęłam oczy. To był najdłuższy posiłek z tych całych dwóch tygodni. Jadłam go wolno, bo tak bardzo nie chciałam aby się skończył. Podprażona i chrupiąca kasza jaglana w połączeniu z przyprawami orientalnymi zaciągnęła mnie w stronę Maroka. Papryka była podsmażona i podpieczona. Mięso wilgotne, nie zbite w jedną twardą kulę (to właśnie pamiętam z dzieciństwa), a wisienką na torcie był owczy ser i sos pomidorowy, który idealnie finiszował swoją słodkością całe danie. 

Na podium bo z maksymalną punktacją – dziesięć na dziesięć stoi kolejne słodkie śniadanie. Dodam, że nie jestem fanką słodkich poranków. Po godzinie z reguły jestem Głodna i zła, że znowu zamiast pracy myślę o jedzeniu. Dieta pokazała mi, jak ciekawie można to wszystko obejść. W przypadku wszystkich słodkich śniadań, jedynymi słodkimi punktami były sosy, które notabene były słodkie od fruktozy, a nie glukozy co sama mam w zwyczaju robić dosładzając ciasto do racuchów, naleśników, lub owsianek. Placki z bananami, z twarożkiem kokosowym i marakują zachwyciły mnie swoją puszystością. Cieszy mnie fakt, że kucharze sprawujący pieczę nad tymi daniami znają proste sztuczki na udoskonalenie dania, jak na przykład ubicie oddzielnie żółtek i białek aby finalnie ciasto było napowietrzone i puszyste. W wielu lokalach na mieście zapominają o podstawach, tworząc płaskie placki nie nadające się do życia. W tym przypadku było zupełnie inaczej. W wielu daniach widać było technikę i podejście do produktu.

Śniadanie Mistrzów.

Śniadania w przypadku całej diety wypadły chyba najlepiej. Nie dość, że dwie dziesiątki to naprawdę wszystko było na wysokim poziomie. Cieszył mnie niezmiernie ten fakt, bo to pierwszy posiłek jest dla mnie tak bardzo istotny. Wprawia mnie w dobry nastrój. Dzięki temu byłam naładowana pozytywnymi wibracjami, chodziłam szczęśliwa przez cały dzień i nic nie wydawało mi się trudne. Naprawdę!

Już pierwszego dnia poczułam, że nie bez kozery najwięcej osób poleciło mi tę dietę. Na dzień dobry dostałam pastę z wędzonego pstrąga z ogórkiem małosolnym, pestkami dyni i pomidorkami daktylowymi. Były bardzo dobrze doprawione cytryną i świeżymi ziołami. Do tego smaczny chlebek. Nawet mam podejrzenia, że pieczywo brane jest od Piekarni Grzybki, którą z czystym sumieniem mogę Wam polecić. 

Wyżej postawioną poprzeczkę spowodowały naleśniki kawowe z kremem na bazie pomarańczy i rokitnika, z brzoskwinią i jogurtem waniliowym. Krem był cierpki co bardzo lubię jeśli chodzi o skórkę pomarańczową i rokitnik. Do tego wytrawna kawa i lekko słodki jogurt pozwoliły mi się rozkoszować ciepłym latem na tarasie, w towarzystwie kolejnego pysznego dania.

A gdy zatęskniłam za słonym śniadaniem i sobie nawet pomyślałam o patè, to on się nagle zjawił. Tak po prostu, z czerwonym pieprzem i gruszką, którą sobie delikatnie zamarynowałam w resztce sangrii, która została nam w dzbanku z romantycznego poprzedniego wieczora (czy to można nazwać #zerowaste?). Pasztet był na kurzych wątróbkach, co spowodowało fajną lekkość całego dania. Zdecydowanie lżejszy jest także w smaku, czego nie można powiedzieć o kaczce lub gęsinie. Ten komponował się z porankiem wyśmienicie.

Drugie śniadanie czy podwieczorek?

Tak jak wspomniałam na wstępie, moja dieta składała się i mam nadzieję, że już będzie się składać z czterech posiłków – a nie tak jak jeszcze do niedawna miałam w zwyczaju – obfitego śniadania i konkretnej kolacji. Wymówka, że nie mam czasu była zbędna. Po prostu trzeba być bardziej systematycznym!

Pierwszy tydzień bazował na diecie foodie, stworzonej przez NTFY przy współpracy z Zielonym Widelcem. Kolejnym plusem tej diety jest fakt, że samemu można wybrać sobie posiłek. Przy największym pakiecie mamy przy każdym daniu do wyboru pięć różnych i to my decydujemy, które dotrze pod nasze drzwi. W drugim tygodniu bardziej z tego skorzystałam, próbując na przykład ciasta bounty z diety basic. To był najzdrowszy i najmniej słodki sernik jaki kiedykolwiek jadłam. Jednak gorzka czekolada, kokos i cienka warstwa orzechowego spodu sprawiła, że wcale nie brakowało mi w tym cukru. Wręcz przeciwnie, cieszyłam się, że w ten upalny dzień miałam ze sobą jeszcze cold brew (pamiątka z katowickiej Synergii), a ciasto mnie nie zasłodziło.

Ciastka, które dostarczono mi w Łodzi były fajnym połączeniem cukinii z porzeczką. Nie znałam takiego. Nie sądziłam, że to może aż tak dobrze ze sobą się łączyć. Dodatkowo idealną opcją dla osób wyjeżdżających do innych miast w delegacje może być właśnie ta dieta, bo występuje w różnych miastach na terenie Polski. Kraków, Lublin, Trójmiasto czy Poznań to tylko niektóre przykłady. Ja dzięki placówce w Łodzi nie musiałam rezygnować z diety podczas festiwalu Transatlantyk. Nawet lepiej, bo mogłam w spokoju oglądać po kilka filmów dziennie i w trzydziesto minutowej przerwie zjeść na spokojnie posiłek. Pomimo kina tuż obok Piotrkowskiej w życiu bym nie zdążyła pójść do lokalu, zjeść, zapłacić i wrócić na kolejny seans. 

Żałuję, że tak mało spróbowałam smoothies (tylko dwa). Oba były bardzo fajnie skomponowane smakowo. Pierwszy bazował na pomarańczy, ananasie, ogórku, imbirze i mięcie. Jedyne co mi w nim przeszkadzało to niezblendowany ogórek, który powodował lekki dyskomfort w piciu. Drugi przyjemnie egzotyczny, bo z melonem, cytryną, bananem i jabłkiem już nie miał tego problemu i był idealnie przepuszczony przez sito. 

Odkrycie drobiu na nowo.

Obiady także zostaną w mojej pamięci na długo. Te trzy w szczególności. Kurczak w panierce kokosowej był niesamowicie miękki. W sumie to nie pamiętam kiedy jadłam tak dobrze zrobioną pierś kurczaka przez osobę dotąd mi nieznaną. Idealnego kurczaka robiła zawsze moja babcia, a od jakiegoś czasu robię też ja. Dodam, że nie jestem największą fanką drobiu, dlatego zwróćcie uwagę, że aż dwa dania mają tutaj kurczaka. Ten pierwszy w stylu azjatyckim, podany został z czerwoną kapustą w limonkowym dressingu. Do tego czarny ryż i orzechowy sos. To przy okazji jedna z moich ulubionych kompozycji. Dałam sobie za cel aby wszystkie posiłki w domu wyjmować z pudełka i układać na talerzu. Może to sprawiło, że dania zyskiwały dodatkowe punktu w smaku?

Stir fry z wołowiną, makaronem ryżowym, papryką i sezamem. To również pierwszy dzień diety. Podsmażyłam go sobie na małej łyżeczce oleju kokosowego i naprawdę ciężko było mi uwierzyć, że to dieta pudełkowa. Warto tu zaznaczyć, że to nie jest moja pierwsza dieta tego rodzaju, ale wcześniej nie było czym się chwalić. Teraz po raz pierwszy mam ochotę powiedzieć o tym głośno. 

Udko kurczaka z komosą ryżową i sałatką ze szpinakiem i truskawkami, może nie było jakoś nadzwyczajnie odkrywcze, ale niesamowicie sycące i dobrze doprawione. Komose minimalnie podlałam olejem pistacjowym, żeby przy podpiekaniu nie uprażyła mi się jak kilka dni wcześniej ryż, którego nie byłam w stanie zjeść. Dzięki czemu wyszła z pieca chrupiąca, ale nie wysuszona. Sałatka miała także ciekawy dressing gorczycowo – limonkowy i fajnie dopełniała słodycz truskawki.

Czy dieta może iść w parze z kieliszkiem wina?

Miseczka z dwoma gołąbkami jest wyróżniona wyjątkowo za pomysł, a nie wykonanie. Gdy przeczytałam, że jadłam boczniaki z kalafiorem i kaszą gryczaną trochę się zdziwiłam. Tak jak grykę i kalafiora dało się wyczuć, tak boczniaka nie za bardzo. Obstawiam, że to głównie za sprawą intensywnego pomidorowego sosu, który notabene był bardzo fajny, z nutą ostrego finiszu. Jednak jeśli miałam tam poczuć grzyba, to się w tym jednym przypadku nie udało. Wyróżniłam to danie dlatego, że pomysł jest świetny. Wystarczy go tylko mocniej podszlifować.

Kolacje to głównie pomysły na sałatki. Opcje z ryżem, makaronem sojowym lub ryżowym, były na porządku dziennym. Niektóre były proste i trochę powtarzalne. W pierwszym tygodniu miałam marchewkę, z ogórkiem, makaronem i tuńczykiem ze słodko – słonym azjatyckim dressingiem. W drugim tygodniu to samo, tylko zamiast tuńczyka marynowane tofu. Smaczne, ale dając tak wysoko poprzeczkę nie sądziłam, że coś się tak prawie, że identycznie powieli. Przymknęłam jedynie oko na czerwoną kapustę w trzech daniach, bo tak ją dobrze doprawiali z tą limonką, że tego nie mam im za złe ani trochę! Z resztą, czy znacie dietę, która nie powtarza swoich pomysłów? Tu i tak byłam pozytywnie zaskoczona, że zdarzyły się tylko te dwie wymienione sytuacje. Za to sałatka na zdjęciu była odkryciem. Karczoch, czyli moje ulubione warzywo w połączeniu z tahiną i dzikim ryżem okazało się niesamowitym smakiem, a do tego jeszcze ciecierzyca spowodowała, że danie było wyjątkowo sycące.

Ostatnie kolacja wyróżniała się mocno od reszty. Jedyne tak bardzo mączne i tłuściutkie danie w całej dwutygodniowej diecie. Gnocci szpinakowe i cielęcina saltimbocca były miłym zaskoczeniem. Do tego upieczone pomidorki w balsamico i zblanszowany świeży szpinak, spowodowały, że do tego dania otworzyłam butelkę wina. Rzecz jasna, wypiłam tylko jeden kieliszek.

Trudne zadanie.

Sporo czasu zastanawiałam się nad minusami tej diety. Dużo osób oglądając moje zmagania na instagramie  pisało mi wiadomości, czy naprawdę ta dieta jest taka dobra, bo bardzo mało wstawiam niższych ocen. Przy każdym posiłku przydzielałam punkty w skali od 1-10 i najgorszemu daniu przyznałam tylko czwórkę i to w jednym przypadku. Potem piątka – znowu jeden przypadek. Szóstek raptem było szesnaście na pięćdziesiąt sześć posiłków. Dwadzieścia sześć siódemek, osiem ósemek, jedna dziewiątka i trzy dziesiątki. 

Dieta pudełkowa z reguły jest stworzona dla osób, które nie mają sposobności aby wychodzić na lunche w pracy, albo gdy nie mają czasu przygotować posiłków w domu. Czasami dotyczą osób, które chcą schudnąć. Jednak zastanawia mnie jak podgrzewacie dania, które dostarczają Wam kurierzy pod same drzwi? Najniżej ocenionym posiłkiem był pewien niedzielny podwieczorek składający się na kotleciki wegańskie z ciecierzycy. Były tak suche, że nie byłam w stanie ich połykać. Na ratunek pojawił się w pakiecie sos pomidorowy, który minimalnie ratował sytuację. Problem jak dla mnie w tym posiłku tkwił właśnie z braku możliwości podgrzania. Gdybym miała w pobliżu jakiś piekarnik chętnie bym z niego skorzystała.

Bo większość dań, które miałam okazję spróbować odgrzewałam w piekarniku, rzadko kiedy na patelni i tylko raz w mikrofali. Obróbka termiczna ma niezwykłe znaczenie, bo w głównej mierze wpływa na konsystencje produktu. Ciepło natomiast mocno ingeruje w smak. Zimne potrawy nie będą mieć wyczuwalnych przypraw – co doświadczyłam z naleśnikami z łososiem z okładki. Wyjęłam je za późno z lodówki, w środku był serek i wędzony łosoś więc nie chciałam ich podgrzewać, a z drugiej strony nie chciałam jeść zimnych. Czasu mało, w brzuchu burczy, więc zjadłam na prędkości takie jak były… I nic nie czułam w cieście. Czułam, że są zimne i suche – czyli to co się dzieje z glutenem gdy zbyt mocno go przymrozimy. To rzadko kiedy ma prawo być dobre. W sumie to nigdy.

Może też dlatego moja dieta owocowała w co raz to ciekawsze smaki i aromaty? Jeśli nie macie czasu w pracy podgrzewać należycie posiłków, warto pomyśleć rano, które danie nie będzie wymagało podgrzania (jest to też opisane na pudełkach), wtedy można zmienić kolejność dań, co osobiście praktykowałam wielokrotnie, gdy leciałam na spotkanie na mieście. Pomimo dużego ułatwienia, większej ilości czasu – ja codziennie zaoszczędzałam około czterech godzin, warto pamiętać też o tych aspektach, które sprawiają, że dania jedzone w restauracji, na rodzinnym obiedzie czy u znajomych, są wyjątkowe. Są takie, bo poświęciło się im chociaż chwilę czasu na obróbkę? W sumie to tego życzę Wam przy każdej diecie pudełkowej. Może wtedy więcej pudełek będzie smaczniejszych?

 

Portret : Zuzanna Szamocka
Zdjęcia i stylizacja jedzenia : Głodna
Dieta : NTFY.PL

 

Zobacz także

1 Comment

  • Reply Gosia 6 sierpnia 2018 at 11:38

    Kochana, ciekawy temat, ale ze względu na język, bardzo trudno się go czyta.

  • Leave a Reply