Wrażeń WYDARZEŃ

UCZTA JAK U KRÓLA

18 maja 2019

Gdyby ktoś zapytał mnie gdzie zorganizować festiwal kulinarny w Warszawie, powiedziałabym, że tam. Na takim wydarzeniu dla branży gastronomicznej w Polsce jeszcze nie byłam. Kulturalnie, elegancko i z klasą. Muzyka klasyczna w sobotni dzień, komponowała się ze słoneczną pogodą i wyjątkowymi smakami, które pozostaną ze mną na długo. Do teraz żałuję, że pierwszego dnia było tak mało foodies, bo Gault Millau naprawdę pokazało na co je stać. 

Kiedy dostałam propozycję napisania relacji z Taste Masters pomyślałam sobie, że jak zwykle miałam szczęście. W tamtej chwili przymierzałam się do zakupu biletu na dwudniowy festiwal za 250 zł. Dopiero po całym weekendzie umiem obiektywnie Wam odpowiedzieć czy było warto inwestować swój czas i pieniądze, by spędzić cały weekend w Wilanowie. Nie ukrywam, że powodów odwiedzenia tego miejsca było kilka.
Po pierwsze, Maciej Nowicki. Gdy tylko nadarza się okazja aby spróbować jego kuchni pędzę tam w podskokach. O jego rzemiośle kulinarnym rozmawiałam z wieloma osobami z branży. Duża grupa go podziwia, mała zazdrości – nie dziwne, bo to jak dotąd jedyny Polski kucharz, który miał okazję gotować w Wersalu u Alaina Ducasse’a naszą rodzimą, staropolską kuchnię. Chapeau bas.
Po drugie, od roku praktycznie nie jeździłam do innych miast Polski (no dobra oprócz Łodzi 🙂 ) i stwierdziłam, że to idealna okazja do spróbowania dań innych szefów kuchni, których nota bene chciałam osobiście poznać. Chętnie tutaj podkreślę, że oprócz smaku ważny jest dla mnie człowiek, który za tym jedzeniem stoi. Bo gdyby nie jego doświadczenie/skojarzenia/inspiracje, danie nie byłoby kompletne. A jak ma się jeszcze okazję od razu porozmawiać o wrażeniach z głównym zainteresowanym, znowu – chapeau bas – tym razem dla organizatorów 😉 
Po trzecie, łosoś MOWI. Obserwuję działania marketingowe tej marki już od jakiegoś czasu, PR idzie im świetnie. Dlatego gdy usłyszałam, że jest głównym partnerem wydarzenia i jeszcze organizuje warsztaty kulinarne, wiedziałam, że to miejsce aż krzyczy bym do niego przyjechała. Plusem już na miejscu okazał się fakt, że kilku kucharzy zaprezentowało go w swoich autorskich daniach, więc miałam okazję go spróbować pod każdą obróbką termiczną. I za ten pomysł, ostatni raz w tym akapicie – chapeau bas. 

Warsztaty kulinarne z łososiem MOWI prowadził Alon Than – Światowy Mistrz Sushi z 2015 roku. Na warsztat wzięliśmy całego łososia atlantyckiego i sprawiliśmy go na części. Alon wyfiletował rybę na sashimi i nigiri, zdradzając nam swoje techniki nacinania ryby. Następnie przyrządziliśmy własny sos teryiaki – efektem czego podaliśmy go ze stekiem z łososia pod koniec warsztatów. 
MOWI to nowa marka na polskim rynku, która szczyci się pochodzeniem łososia z krystalicznie czystych wód norweskich fiordów. Jak się dowiedziałam następnego dnia, jest około trzydziestu restauracji na terenie całej Polski, które w swoim menu serwują tę rybę. Łosoś jest źródłem cennego białka, korzystnego dla zdrowia i urody. Posiada kwasy Omega 3, witaminy ( B12, D i E) i minerały – jod i selen. Hodowle łososia MOWI mają certyfikat ASC nadawany przez WWF. Gdy Jagna Niedzielska zwróciła uwagę na plastikowe opakowanie, po warsztatach zapytałam o ten znaczący aspekt. Opakowania nadają się do recyklingu i chociaż nie rozwiązują do końca problemu, jest na razie jedyną metodą, dzięki której łosoś może zachować swoją świeżość. W końcu jest rybą dystrybuowaną także w wybranych sieciach handlowych. 

Podczas warsztatów zapytano nas „czym pachnie ryba”, w życiu nie wpadłabym na to, aby porównać go do owoców, jednak rzeczywiście ma bardzo delikatny zapach, mało przypominający rybny. Kolor łososia MOWI posiada intensywną barwę, jednak to jego struktura najbardziej mnie zaskoczyła. Mięsisty, wilgotny, a przy tym sprężysty. Steki przyrządziliśmy wyjątkowo szybko. Rozgrzana patelnia na średnim ogniu, trochę oleju słonecznikowego. Dosłownie po kilkanaście sekund na każdą stronę i około trzydziestu przy skórze. Zalewamy sosem teryiaki, szybko karmelizujemy i gotowe. Następnego dnia zrobiłam go w domu. Za pierwszym razem dałam za mały ogień i steki wyszły medium (stopień wysmażenia). Dnia następnego były idealne – cienka linia surowizny i chrupiąca skóra z wierzchu. 
Z pewnością łosoś MOWI to produkt premium, o czym może świadczyć jego cena. Marka mocno stawia na ekologię, podkreśla wartości odżywcze i pochodzenie ryb. Cieszy fakt, że ostatnie badania pokazują, że ludzie coraz częściej rezygnują z wołowiny i wieprzowiny na rzecz lżejszych produktów. Myślę, że oprócz bumu na warzywa i owoce to będzie dobry czas także na świadome jedzenie i pozyskiwanie dobrej jakości surowców. Czas najwyższy zadbać o naszą planetę.

Pierwsza edycja Taste Masters odbyła się w Villi Intrata 11-12 maja 2019 roku. 50 kucharzy, 50 dań i konkretny budżet dla każdej restauracji, w którym trzeba było przygotować ok. 500 porcji. W moim zestawieniu znalazło się aż 15 dań, które chciałabym wyróżnić. Jeśli jesteście ciekawi wszystkich autorskich potraw zrobionych przez szefów kuchni – zapraszam na mojego instagrama do wyróżnionych relacji pod nazwą festiwalu. Jestem pozytywnie zaskoczona pomysłami z województwa Wielkopolskiego. To oni najbardziej mnie zaskoczyli i spowodowali, że chciałabym ponownie odwiedzić Poznań i jego okolice. Bardzo żałuję, że na festiwalu zabrakło restauracji z Nałęczowa Water and Wine i kilku konceptów z Trójmiasta jak Biały Królik czy restauracja Sztuczka, ale mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie cała śmietana, która może po prostu chciała zobaczyć jak wyjdzie pierwsza edycja by przygotować się jako honorowe gwiazdy w przyszłym roku. 
Zdaję sobie sprawę, że tego typu imprezy nie są łatwym zadaniem dla restauracji. Trzeba logistycznie podejść do sprawy. Nie przekombinować, pamiętać o czasie i o charakterze wydarzenia. Niektórym powinęła się noga i potrawy były niestety niedopracowane. O nich pisać nie będę bo wiem, że każdemu może zdarzyć się losowy przypadek – za to trzymam kciuki by przy kolejnej okazji poświęcili więcej czasu na przygotowania, bo na kilkadziesiąt dań dosłownie garstka po spróbowaniu wydawała się jakby została nastawiona kilka godzin przed wyznaczonym czasem. 

Gdyby na podium mogłoby być czwarte miejsce, należałoby ono do Michała Kutera i jego interpretacji gzika. To co mi się podobało wśród wielu kucharzy to przyjemny nacisk na nowalijki, szparagi i rabarbar. W tym daniu królował świetny twaróg, chrupiące zielone szparagi i genialna ryżowa rurka wypełniona crèmem fraiche. Wyróżnione trzy dania należą do drugiej grupy kucharzy, występujących w sobotę od godziny 15:00. Udało mi się skosztować kilku dań z pierwszej grupy, ale wypadła ona najsłabiej. Niestety nie zdążyłam na dania od Kaspera Krajewskiego, Bogdana Gałązki oraz Pawła Chomentowskiego. Obstawiam, że to ich dania znalazłyby się w ścisłej trójce. 
Drugie danie, które warto wyróżnić należy do Roberta Sowy, który niczym gwiazda gotował w przeciwsłonecznych okularach, przekręcając łopatkę jagnięcą z boku na bok. Podana z polentą w sosie rozmarynowym była krucha i bardzo aromatyczna. Fajnym akcentem były pieczone szalotki, które tryskały w ustach niczym kawior. Niesamowitym widokiem jest dla mnie zawsze najdłuższa kolejka do kucharzy z bogatym stażem i o dziwo do street foodu. Kolejka do Roberta Sowy nie malała, wręcz z każdą godziną rosła – a najważniejszy zainteresowany tym faktem wyglądał przy mojej bacznej obserwacji, na bardzo zadowolonego.
Na Łukasza Budzika czekałam. Byłam ciekawa formy small talku jaki uda mi się z nim przeprowadzić. Obserwuje go na instagramie, na liście „jakie restauracje odwiedzić we Wrocławiu” mam Mennicza Fusion i ostatnio miałam okazję przeczytać z nim wywiad w Polskim Vogue. Pracował przez chwilę w Warszawie by na dobre wynieść się do Wrocławia i tam tworzyć autorską kuchnię. Na Taste Masters przygotował pierożki jabłkowe z pesto jabłkowo – majerankowym z cebulą i jalapeño i udekorował to słodką pestką dyni. Opowiadał o tym daniu jak o deserze, choć dla mnie bardziej szło to w kierunku przystawki. Skompresowane jabłko było świetnym pomysłem na imitację pierożka, a farsz był znakomity. Więc nie ukrywam, że smak zrobił tu robotę i został ze mną aż do dziś. Deserem był dla mnie Paweł Dudała, który Łukaszowi na wydarzeniu pomagał. Był niespodzianką jak wisienka na torcie, więc przymknę oko i mogę stwierdzić, że w sobotę deser Łukasza Budzika pod wieloma aspektami był najlepszym przez cały słoneczny dzień.  

Pierwszego dnia kończyłam też dietę sokową od Natura Cold Press, więc starałam się bazować na lżejszych daniach i bezmięsnych. Wyjątkiem było danie Roberta Sowy opisane wyżej oraz Macieja Nowickiego, o którym przeczytacie kilka akapitów dalej 🙂 Niedziela to był istny rollercoaster. Dużo więcej ludzi (według mnie prawie dwa razy więcej), ja spuszczona ze smyczy po diecie sokowej i sporo znanych kucharzy, z którymi z przyjemnością się poznałam lub odświeżyłam kontakt. Gdy tylko weszłam drugiego dnia na teren Villi Intrata, Michał Toczyłowski (fajny, młody i zdolny kucharz) zarekomendował mi żurek od Magdy Nowaczewskiej. Przez to, że od lat nie oglądam telewizji obce są mi programy typu Master Chef, Magda go kilka lat temu wygrała, wydając książkę „Z miłości do gotowania.” Żurek był znakomity! Kwaśny, majerankowy i bardzo dobrymi dodatkami. Biała kiełbaska była idealnie doprawiona, a duży i chrupiący kartofel był miłym zaskoczeniem.
Kolejnym daniem, które spróbowałam należało do Davida Gaboriaud i to był bardzo smaczny strzał. Carpaccio z zielonych i fioletowych szparagów, dużo parmezanu, anchois i skórka z cytryny. Lekka, świeża i bardzo wiosenna przekąska, która idealnie komponowała się z białym winem od Coravin. Jestem pod wrażeniem aparycji Davida i to jak zawsze jest nabuzowany pozytywną energią, którą zaraża wszystkich. Służą mu tego typu eventy, telewizja i social media. Dobrze, że stoi za tym fajny, normalny facet.
Ostatnią potrawę, którą chciałabym wyróżnić jest wątróbka drobiowa z kaszanką, puree z cebuli z wanilią i szczawikiem krwistym. Pluję sobie w brodę, że nie miałam okazji odwiedzić Roberta Skubisza w Amber Roomie. Bywałam tam co prawda na eventach, ale nigdy na kolacji. Pierwszy raz miałam okazję spróbować jego autorskich dań w zeszłym roku na Transatlantyku w Łodzi, kiedy to po dokumencie o Alain Ducasse stworzył menu degustacyjne wraz z Kurtem Schellerem, inspirując się tym co obaj ujrzeli na ekranie. Drugi raz spróbowałam menu degustacyjnego w Pałacu Małej Wsi na weselu znajomego dwa tygodnie temu. Tak jak nie przepadam za weselnym jedzeniem – nota bene, gdzie ostatnio jedliście dobre jedzenie na weselu?! Tak dania stworzone przez Skubisza na tę specjalną okazję pozostaną w mojej głowie na długo. Trzecie podejście to Taste Masters i tu też się nie zawiodłam. Kurza wątróbka to jedna z moich ulubionych, podana na słodko z karmelizowaną cebulą i puree była znowu lekka i przyjemna. Takich dań w szczególności szukałam na festiwalu i całe szczęście było ich naprawdę dużo. 

Najdłuższa kolejka w niedzielę zdecydowanie należała do Andrzeja Polana. Uwielbiałam chodzić na Noakowskiego do Soul Kitchen Bistro. Byłam wtedy na początku swojej drogi kulinarnej i pamiętam jak skrupulatnie zapisywałam towarzyszące mi uczucia przy jedzeniu. Do Małej Polany Smaków chodziłam dużo rzadziej. Trochę inna forma, zupełnie inna przestrzeń, jednak wciąż wysokiej jakości smak. Od niedawna istnieje Polana Smaków na Emilii Platter. Gdy mieliśmy chwilę na rozmowę, dowiedziałam się, że Mała Polana Smaków możliwe, że zostanie – jeśli tylko znajdą się kucharze, którzy podejmą współpracę z Polanem. Jeśli jesteś na początku swojej drogi gastronomicznej, tak jak ja byłam 7 lat temu, a chciałbyś spróbować swoich sił w kuchni polskiej napisz 🙂 Jest tyle świetnych miejsc, które mogę Ci polecić! Danie Polana było smaczne i proste. Grillowane szparagi, mistrzowskie pyzy z Pragi w sosie serowym i sałatka z pomidorem i świeżym rozmarynem. Czasem mniej znaczy więcej – tak było w tym przypadku. Liczył się sam produkt.
O drugim daniu długo dyskutowaliśmy z moim towarzyszem. Borys z pewnością wyróżniłby pyzy od Anny Klajmon z Lasu, ja jednak wybrałam ziemniaka w popiele od Dawida Grucela z L’atmosphere. Ziemniak był świetny, bryndza podhalańska intensywna, por, botwina i rzepak dodały znowu lekkości i wiosennego sznytu. Podobała mi się też forma podania i chrupki z kaszy. 
Ostatnim daniem wyróżnionym w tej kategorii należy do restauracji z Małopolski, a dokładnie z Krakowa. W Albertinie szefem kuchni jest Grzegorz Fic. Na festiwal w Villi Intrata zrobił tatara z wędzonego Pstrąga Ojcowskiego z kiszoną rzodkiewką. Do tego podał wyrazistą konfiturę z cebuli, sos z wędzonej papryki i chipsa ziemniaczanego, który nadał przyjemnego chrupnięcia. Pstrąg Ojcowski naprawdę jest wyjątkowy. Jego smak jest łatwy do zapamiętania, a to co jadłam z niego najlepszego to kawior. Duże, grube ziarna, które tryskają w buzi, wypełniając poliki po same brzegi. Świetne doświadczenie, które polecam każdemu 🙂   

Skoro jesteśmy już przy rybach i kawiorze, wróćmy na chwilę do łososia MOWI. Tak jak pisałam wcześniej, kilka restauracji skorzystało z tego produktu aby przygotować popisowe danie. Były zupy, sałatki, przystawki. Królowały wersje azjatyckie i podbijające sam produkt. Mi najbardziej przypadł do gustu marynowany łosoś od Pawła Salomona. Podany z musem z wędzonego buraka, sosem jeżynowym i kremem chrzanowym z gorczycą był ciekawą odmianą. Był też fioletowy chips ziemniaczany i bardzo wyrazista oliwa ziołowa, której wystarczyło dosłownie kilka kropel. Dzięki tym dodatkom bardzo wybił się łosoś, który był doprawiony w słonawo – kwaśnej marynacie. Naprawdę fajna, lekka i przyjemna przystawka.
Drugie co mi zapadło w pamięć to danie od Pawła Trzaskowskiego z Sushi Zushi. Przede wszystkim zobaczcie na prezentacje. Widać w tym nawiązanie do Japonii, wiosny i kwitnącej wiśni. Łosoś MOWI został przygotowany w nowym stylu sashimi Kuro Zuke z perłami truflowymi i kombu. Taką przystawkę chętnie zjadłabym jeszcze raz – kto wie, może Sushi Zushi wprowadziłoby to na chwilę do karty i zobaczyło co na to powiedzą inni goście? 
Trzecie danie, a tym samym ostatnie poza podium należy do Pawła Krasa i restauracji Bottigleria 1881 z Krakowa. Łosoś w tym przypadku był podany ze szparagami, espumą ze szparagów i kawiorem ze ślimaka od luksusowej marki Bogle, która specjalizuje się w białym kawiorze. Znowu bardzo prosta i smaczna przekąska, która nie potrzebowała wiele. Czasem wystarczy wysokiej jakości produkt i voilà. 

Pora na najlepsze dania z całego festiwalu. Z moich wyliczeń wynika, że spróbowałam 28 dań przez 2 dni. Niektórych spróbowałam tylko kęs, wiele zjadłam z apetytem, po kilka chciałam wrócić po dokładkę, a rzeczywiście zjadłam dwie porcje dwóch dań. Oba znajdują się w ścisłej trójce najlepszych. 
Nie umiałam zdecydować, które danie jest na pierwszym miejscu. Gdyż zarówno danie Macieja Nowickiego znowu wyniosło moje kubki na wyżyny (tego akurat byłam świadoma przed spróbowaniem), a drugie kompletnie mnie zaskoczyło formą, prezentacją, smakiem i nowym odkryciem, bo kuchni Rafała Hreczaniuka i restaurację Dyletanci, wstyd się przyznać, ale znam jedynie z opowieści. Jeszcze nie tak dawno, widząc się z Michałem Kostrzewą z Sushiya rozmawialiśmy, że przy każdej wizycie w Warszawie odwiedza Dyletantów. Już wtedy wpisałam sobie tę restaurację jako MUST, ale jakoś nigdy do tej pory do niej nie trafiłam. Po spróbowaniu panna cotty z czosnku niedźwiedziego (a Ci co mnie znają wiedzą, że nienawidzę panna cotty za jej konsystencję), stwierdzam, że muszę ponownie otworzyć się na smaki i dania, które skreśliłam ze swojej listy, sądząc, że nigdy już ich nie spróbuję. Dlatego po kolejnych 4 latach obiecuję, że w tym sezonie spróbuję arbuza. Tak, jest to owoc, którego mam w swoim top 3 znienawidzonych smaków i konsystencji. Na liście jest też sernik z rodzynkami i właśnie panna cotta. Dlatego jeśli macie do polecenia miejsca, gdzie spróbować te dwa desery i gdzie najlepiej kupić arbuza. Dajcie znać! Chętnie zrobię challenge, bo wytrawną panna cottę od Rafała zjadłam… trzykrotnie 🙂 Trzeba też wyróżnić świetny puder miętowy, który totalnie odświeżył to danie i spowodował, że wydawało się jeszcze lżejsze.
Ex aequo na pierwszym miejscu jest danie główne od Macieja Nowickiego z Pałacu w Wilanowie. Przede wszystkim uwielbiam Jego dania za technikę. Tu zawsze wszystko jest w punkt. Po drugie, uwielbiam jego interpretacje kuchni staropolskiej. Mnie osobiście cieszy, że nie robi 1:1 dania z przepisu. Dzięki temu jest kreatywny i ciągle poszukuje nowych połączeń smakowych. Wieprzowina w miodowniku z potaziem rabarbarowym i wrotyczem balsamicznym. Sama nazwa brzmi już kusząco. A smak? Żałuję, że Maciej miał swoje stanowisko pierwszego dnia, bo mogłam zjeść to danie tylko jednokrotnie. Jednak kilka dni później wynagrodziłam sobie smutek menu degustacyjnym w Opasłym Tomie i jakby wszystko wróciło do normy 🙂
Ostatnim, a tym samym drugim miejscem. Tak moi drodzy, nie ma miejsca trzeciego! Jest sernik od Artura Skotarczyka z poznańskiej restauracji Muga. Technika, perfekcja i smak. Sernik na bazie twarogu i szparagów, masa owinięta galaretką z rabarbaru, dekoracja z nagietka, chrupnięcie z migdałów. To był najwspanialszy deser ze wszystkich. Zjadłam dwa, a potem chętnie jeszcze jedną samą kulkę bo na zakończenie kilka zostało. Bardzo podobała mi się prezentacja i pomysł, że w daniu zostały wykorzystane dwa najczęstsze wiosenne produkty. Szparagi w połączeniu z rabarbarem jadłam po raz pierwszy. Przypomniała mi się od razu moja sałatka zeszłoroczna z botwiny i rabarbaru. Teraz sobie myślę, że dodać do niej fioletowe szparagi i jakiś wyrazisty twaróg i orzechy włoskie – może stać się moim trzecim przepisem na Głodnej!

najlepsi szefowie kuchni, villa intrata, gault millau, taste masters, festiwal kulinarny, glodnadaga

Mam nadzieję, że to nie pierwszy i nie ostatni festiwal tego typu. Jeśli ktoś nastawił się na rozmowy z kucharzami, dyskusje o jedzeniu przy jedzeniu to się nie przeliczył. Jeśli byli chętni na warsztaty z łososia MOWI lub wina Coravin, czyli przy okazji dwóch głównych partnerów kulinarnych Taste Masters, była taka możliwość i to za darmo! Relaks na trawie, długi stół udekorowany naturalnym mchem, przyjemna muzyka i nacisk na wysokiej jakości kuchnie od najlepszych szefów kuchni, to miał to wszystko za jedyne 250 zł. Po ocenie 28 dań, które miałam okazję spróbować, open barze na wino i piwo, styczności z wieloma osobami z branży i całą wizualną otoczką wydarzenia twierdzę, że to dobrze zainwestowany czas i pieniądze. Bo jakby nie patrzeć kolacja degustacyjna z winepairingiem w każdej z tych restauracji oscyluje w podobną kwotę jednak za 4-9 dań, a nie 50. Jedyne na co organizatorzy powinni zwrócić w przyszłości uwagę to ilość uczestników i wydawane porcje. Tak jak pierwszego dnia wszystko było w punkt z czasem i obsługą, tak drugiego sama byłam zaskoczona ilością osób, a co za tym idzie będąc cały dzień na festiwalu, nie zdążyłam spróbować kilkunastu potraw bo szybko się skończyły. Jednak jeśli ktoś był szybszy ode mnie mógł skosztować 50 dań, dobrać do tego 50 kieliszków wysokiej jakości trunków i leżeć na trawie brzuchem do góry, jak na prawdziwą ucztę króla przystało.

Czy mój artykuł o festiwalu kulinarnym uważasz za wartościową treść? A może znasz kogoś komu również przypadłby do gustu?
Będzie mi bardzo miło jeśli dalej go udostępnisz. Dziękuję. 

Zapraszam też na mojego instagrama i facebooka, gdzie możesz być ze wszystkim na bieżąco.
 

Zobacz także

No Comments

Leave a Reply